wt. Paź 23rd, 2018

Wycieczka na stratowulkan Fudżi czyli jak zdobyć symbol Japonii

Najczęściej schowana za chmurami, majestatyczna sylwetka świętej góry Fudżi, która od wieków była celem pielgrzymów pragnących zbliżyć się do swych bogów, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych pejzaży świata. Na jej szczyt prowadzą cztery szlaki, masowo odwiedzane przez Japończyków i turystów z niemal całego globu. Towarzyszy im jak zwykle doskonała infrastruktura i japońska dokładność. Aby być zmęczonym, ale szczęśliwym potrzeba jedynie chęci i dobrej pogody.

Fudżi zza chmur widziana z Fujinomiyi

Stać u jej stóp

Zdobywanie góry Fudżi rozpoczęliśmy od miłej rozmowy z drobną ciemnowłosą Japonką w centrum informacji turystycznej na opustoszałej stacji ShinFuji. Dotarliśmy tutaj po dwugodzinnej podróży z oddalonej o ok. 230 km Nagoi, jak zwykle punktualnym Shinkansenem. Pani w średnim wieku, ucieszyła się na nasz widok i z wielkim zaangażowaniem odpowiadała na wszelkie pytania, kilkukrotnie dopytując czy wszystkie informacje są dla nas jasne. Na stronach yahoo sprawdziła prognozę pogody, potwierdzając, że warunki będą pomiędzy literkami A i B co oznacza, ciepło, słonecznie, ewentualny drobny deszcz po godzinie 15.00. Po poznaniu naszych planów doradziła, że najbardziej opłacalną opcją przejazdów na miejscu będzie trzydniowy bilet autobusowy (cena 3 100 jenów). Z uśmiechem na ustach przyznała, że udało jej się zdobyć Fudżi tylko raz, że była szczęśliwa ale naprawdę zmęczona. – Wy młodzi na pewno dacie radę – powiedziała na zakończenie, a my zaczęliśmy się zastanawiać ile lat miała ta sympatyczna kobieta. Wyposażeni, obok informacji, w kilka bardzo szczegółowych, przejrzystych map w języku angielskim, wsiedliśmy do pustego wielkiego autobusu, który miał nas dowieźć do miasta Fujinomiya. Zaskoczeni pokonaliśmy tę trasę jedynie z kierowcą.
Spaliśmy w usytuowanym tuż obok dworców autobusowego i kolejowego w świetnym Fujinomiya Fujikyu Hotel. Meldując się, bez kłopotu uzgodniliśmy wcześniejszą porę śniadania, przepakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na miasto. Spacerowaliśmy w upale i właściwie w samotności, z nadzieją wypatrując zza gęstych chmur choć skrawka naszego jutrzejszego celu. Gdzieniegdzie przemykali mieszkańcy i pojedynczy turyści. Odwiedziliśmy urokliwą również pustą, ale jedną z najważniejszych w tym rejonie świątynię Fujisan Sengen Shrine, której częścią jest poświęcona ziemia całego wierzchołka góry Fudżi. Jakaż to odmiana w stosunku do tłumów wokół Meji Temple w Tokio czy Kinkaku-ji w Kioto. Wybudowana, by chronić przed erupcjami wulkanu, sama kilkukrotnie uległa zniszczeniom w wyniku trzęsień ziemi, stała się tradycyjnym punktem, w którym pielgrzymi rozpoczynali zdobycie świętej góry Fudżi. To tutaj przed wspinaczką modlili się i obmywali w wodach stawu Wakutama. W zamyśleniu i z szacunkiem dla tradycji zbliżyliśmy się do źródła, zanurzając w nim dłonie i zwilżając twarze. Święta góra nadal była za chmurami.

FujiSan Sengen Shrine
Rozpoczęcie szlaku Fujinomiya
Dokładne oznaczenia na całej trasie

Dziedzictwo Japonii

W 2013 roku góra Fudżi jako obiekt dziedzictwa kulturowego została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jej znaczenie dla japońskiej kultury i religii shinto jest ogromne, a jej sylwetka to ważny motyw w nie tylko japońskiej sztuce. W 2017 roku w Fujinomiyi otwarto Mt. Fuji World Heritage Center, architektoniczny majstersztyk, mieszczący wystawę opowiadającą o górze Fudżi i prezentującą widoki, które można zobaczyć zdobywając szczyt. Jednak kiedy podziwiałem sylwetkę tego budynku, co jakiś czas spoglądałem w stronę coraz szybciej mknących chmur i błękitnego nieba zbliżającego się w stronę ukrytego wulkanu. Po chwili z coraz większymi emocjami, prawie krzyknąłem z radości kiedy ukazał się skrawek partii szczytowych. Niemal dmuchałem w stronę chmur, by pomóc szalejącemu w górze wiatrowi przepędzić białą zasłonę. Są takie chwile, kiedy wydaje się, że natura słucha myśli człowieka, bo właśnie w tym momencie zobaczyłem cały wierzchołek. Przypomniałem sobie lekcje geografii, podczas której jako uczeń omawialiśmy daleki archipelag Japonii i wpatrywaliśmy się w fotografie tego idealnego stożka wulkanicznego. Jutro miałem go zdobyć.

Autobusem przez chmury

Wczesna pobudka, góra znów za chmurami, doskonałe szybkie śniadanie i pierwsze zaskoczenie kiedy stanęliśmy na końcu dość długiej kolejki, czekającej na przyjazd pierwszego autobusu jadącego w stronę Fujinomiya 5’th Station, czyli położonego na wysokości 2400 mnpm punktu, z którego startuje szlak Fujinomiya. Trasa polecana dla tych, którzy docierają pod najwyższy szczyt Japonii od strony zachodniej (np. w drodze z Kioto, Osaki czy Nagoi). To druga, po położonej na północy Yoshida Trail (zwana również Kawaguchi-ko), najpopularniejsza droga wiodąca na szczyt. Jest najkrótszą spośród wszystkich czterech, niemniej jej usytuowanie na południowych zboczach wulkanu sprawia, że podczas podchodzenia, nie ma możliwości obserwowania wschodu słońca. A to jeden z głównych powodów, dla którego mieszkańcy Kraju Wschodzącego Słońca wykorzystują swoje krótkie urlopy, by stanąć na szczycie. Ale kiedy dotrze się już do krateru można podziwiać to nieprawdopodobnie piękne widowisko, (zobaczcie krótki filmik na https://www.youtube.com/watch?v=HNM_aaBOqzQ).
Startujący o 6.25 rano autokar, zapełniał się, a my lekko zdenerwowani na końcu ogonka, dziwiliśmy się, skąd nagle tak dużo ludzi w tym miejscu. W drzwiach powitał nas ten sam wczorajszy sędziwy kierowca, poprosił o pokazanie biletów i zaprosił do środka. Wsiedliśmy jako ostatni i z ulgą znaleźliśmy miejsca obok innych pasażerów. Wyposażony w buty sportowe i lekkie trekkingowe ubranie obserwowałem prawdziwą mieszankę ludzi, którzy chcieli zdobyć szczyt. Obok siedział młody Japończyk, ubrany w górską odzież, solidne buty i dodatkowo uzbrojony w wielki plecak, kask, linę i czekan. Przede mną młoda para w koszulkach polo, po drugiej stronie może 10-letnia dziewczynka z mamą i babcią. Jak się okazało, było to jedynie preludium do różnorodności, którą spotkaliśmy podczas wspinaczki. Od wieloosobowych rodzin, w których najmłodsze dzieciaki były niesione i miały 2-3 lata, po prawdziwych staruszków robiących rozważne wolne kroki w stronę szczytu. Od super wyposażonych górskich wspinaczy, przez wysokogórskich biegaczy mijających wszystkich z lekkością kozic, po chłopaka w klapkach i lekkim ubraniu, którego twarz zdradzała męczarnie, jakie przeżywał przy każdym kroku stawianym na dość ostrych kamieniach i żużlu (kara za brak rozwagi). Czy w końcu mnicha w tradycyjnym ubraniu, z laską zakończoną dzwonkiem, pielgrzymującym i zapewne modlącym się w ważnej intencji. Wspaniała mieszanka kultur, religii, kolorów skóry, osobowości i charakterów. Ludzi, którzy obrali jeden wspólny cel.
Autobus pokonał różnicę ponad dwóch tysięcy metrów wysokości w około półtorej godziny. Droga jest otwarta w sezonie czyli pomiędzy 10 lipca a 10 września, w górnych partiach mogą z niej korzystać jedynie autobusy. Prywatne samochody muszą zostać pozostawione na pobliskich parkingach.

Pod szczytem
Fujisan-cho Post Office – kartka do Polski idzie stąd 7 dni

Pod górę z wifi

Mijając mały budynek, za którym rozpoczynało się podejście, zostaliśmy zaproszeni, przez „obsługę szlaku Fujinomiya” na krótką rozmowę, podczas której pouczono nas o niebezpieczeństwach wynikających z dużej wysokości, stacji medycznej znajdującej się powyżej, kolejnych etapach i schroniskach, które będziemy odwiedzali, wyposażeniu, które powinniśmy posiadać (np. czołówka – „To są góry, nigdy nie wiadomo, o której wrócicie.”), właściwym nawodnieniu organizmu i w końcu śmierci, która odwiedziła już ten rejon w tym sezonie. Podziękowaliśmy za wszystkie rady i kolejną porcję perfekcyjnych folderów z dokładnie rozpisaną trasą i ruszyliśmy w górę.
Do pokonania mieliśmy ponad tysiąc trzysta metrów przewyższenia, wg wskazówek powinno nam to zająć od 5 do 8 godzin. Góra była otoczona chmurami, gdzieniegdzie przebijały się promienie słońca, było bezwietrznie i ciepło (ok. 20 stopni C). Wśród niewielu osób, pięliśmy się w górę do pierwszego schroniska czyli szóstej stacji. Szlak prowadził zboczem, był szeroki i poza uciążliwym podejściem i zapadającymi się w podłoże stopami, nie sprawiał żadnych trudności. Po krótkiej chwili dotarliśmy do celu i postanowiliśmy iść dalej. Przed nami był najdłuższy z odcinków. Po około 45 minutach podobnego podejścia byliśmy już w kolejnej stacji. Tutaj po raz pierwszy zauważyliśmy schodzących ludzi. To Ci wszyscy, którzy spędzili noc w schronisku, zdobyli górę o wschodzie słońca. Krótka przerwa, dużo wody, drobna przekąska i znów w górę. Trasa cały czas była podobna, niesprawiająca trudności technicznych, a jedynie wymagająca sił na podejście. Zmieniła się jednak liczba osób, których nieustannie przybywało i to zarówno tych schodzących, jak i wchodzących. Dotychczasowe wzajemne pozdrawianie zostało zastąpione przez głośne oddechy zdobywców wspierających się wdychaniem tlenu z puszek i pijących izotoniki. My szliśmy w dość dobrym tempie, robiąc krótkie odpoczynki w stacjach, odkrywając przy okazji, że w każdej z nich jest dobrze działające wifi. Dobrze zaopatrzeni w wodę i rarytasy kuchni japońskiej nie kupowaliśmy jedzenia w schroniskach i ustawionych przy nich automatach, w których ceny były, co zrozumiałe, wyższe niż w mieście. Pięliśmy się w górę, trochę stromszym podejściem, obserwując coraz szerszy potok ludzi i coraz surowszy krajobraz. Niżej pojawiająca się roślinność teraz już zupełnie zniknęła. Za to pojawił się dość głośny warkot silnika podobnego trochę do walca i ratraka pojazdu, wjeżdżającego trasą przecinającą szlak. To transportowiec dostarczający produkty do schronisk i odbierający listy z położonej na brzegu krateru poczty. Czynna do 14.00 dostarcza kartkę do Polski w ciągu 7 dni.
W ósmej stacji położonej na wysokości 3250 m npm znajduje się centrum medyczne, które udziela pomocy w przypadku zasłabnięć i złego samopoczucia wynikającego z wysokości. Na szczęście nie było zatłoczone. Krok za krokiem zmierzaliśmy w stronę widocznego już szczytu. Choć temperatura spadła, nadal było ciepło i bezwietrznie. Pomimo dużej liczby ludzi, nie było przestojów czy kolejek, każdy mógł iść własnym tempem, obserwując wulkaniczny pejzaż, rozmyślając o własnych sprawach, czy po prostu skupiając się na kolejnym kroku. Mijając stację dziewiątą i dziewiątą i pół, przed 12.00 dotarliśmy na brzeg krateru. Uśmiechnięci zdobywcy w grupkach przeżywali swój sukces. W małej świątyni modlili się i dziękowali za przychylność bogów. Na poczcie wypisywali kartki i naklejali znaczki. Z lekką zadyszką, ale też radością z pokonania słabości. Spacerując wzdłuż wielkiego krateru cieszyliśmy się razem z nimi i podeszliśmy do najwyższego szczytu Kengamine, osiągając wysokość 3776 m npm. Tam, obok stacji meteorologicznej i Japończyków zajadających drobne przekąski i pijących Veuve Clicqout, delektowaliśmy się widokiem i rozmawialiśmy o sile żywiołu, który kipi kilka kilometrów pod nami i kiedyś uwolni się, niszcząc to, co właśnie podziwiamy.

Tablica informacyjna w 5’th station Fujinomiya

Cukierek z gratulacjami

Zejście tym samym szlakiem zajęło nam około 3 godzin. Ponieważ idąc w dół łatwiej o poślizgnięcie czy podjechanie, trasa wymaga uwagi i ostrożności. Pogoda faktycznie zaczęła się zmieniać i spadło kilka kropli deszczu, ale wciąż w górę zmierzało setki ludzi.
Pełny autobus ruszył w dół. Jechaliśmy wolno w wielkim białym tunelu chmur okalających górską drogę. Siedząca obok mała japońska dziewczynka, którą mijaliśmy na szlaku, z uśmiechem poczęstowała nas cukierkiem. Jej radosna mama była dumna z córki, która zdobyła Fudżi i gratulowała nam sukcesu. Odwzajemniliśmy się naszymi łakociami i wszyscy szybko zasnęliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi.

Wycieczka na stratowulkan czyli jak zdobyć symbol Japonii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kategorie