wt. Paź 23rd, 2018

Bishorn czyli 4 dyszki na 4 tysiącach

Spontaniczny pomysł, by z przyjaciółmi zdobyć wierzchołek położony powyżej czterech tysięcy metrów, padł i nie podzielił losu tak wielu wspólnych idei. Później przyszła refleksja, że ostatni raz w Alpach byłem trzynaście lat wcześniej. Niezdobyty Dom, wycieczka na Breithorn i do Hӧrnli Hut pod granią Matterhornu, ulokowały się już wygodnie w kieszonce wspomnienia. Ale pejzaże z doliny Mattertal są olśniewające i widok spod Dom Hut na strzelisty Weisshorn oraz leżący tuż obok niepozorny Bishorn stanął mi przed oczami. Chciałem znaleźć się po drugiej stronie doliny.

Szlaki turystyczne i rowerowe w dolinie Zinal
Ruszamy w stronę Tracuit

Z Warszawy wyjechaliśmy we wtorek o siedemnastej, by siedemnaście godzin później zameldować się na parkingu w dolinie Zinal (1 670 m npm). Zmęczeni, ale uśmiechnięci pod błękitnym szwajcarskim niebem, przepakowaliśmy plecaki, zjedliśmy, dopasowaliśmy raki oraz uprzęże i ruszyliśmy w górę. Górskie prognozy pogody to loteria. Obserwując przed wyjazdem kilka stron meteorologicznych, liczyłem, że aura będzie lepsza niż wskazania. Miało być na ogół pogodnie, ze sporym ryzykiem (ponad 60 proc.) burz z piorunami i opadów w godzinach popołudniowych. Było bardzo pogodnie i pogodniej, więc tym razem internetowi synoptycy pomylili się na naszą korzyść.

Widok na Roc de la Vache
Widok z parkingu w kierunku Roc de la Vache

Uśmiech Anne-Lise
Podejście do jednego z najwyżej położonych w Alpach schroniska Tracuit (3256 m npm, http://www.tracuit.ch) rozpoczyna się w miejscowości Zinal. Z leżącego na końcu drogi rozległego parkingu Singline, należy wrócić ok. 100 metrów w stronę centrum i następnie skręcić w przecznicę odchodzącą w prawo. Później za znakami znów w prawo wzdłuż budynków dużego hotelu. Po ok. 15 minutach doszliśmy do wyżej usytuowanego parkingu, gdzie również można bezpłatnie pozostawić samochód. Każdemu polecam wybór tego miejsca, bo to oszczędność czasu i zmęczenia. Ścieżka jest dobrze widoczna i w niektórych miejscach oznakowana. Po dalszych 20 minutach mijamy ostatnie gospodarstwo z zajadającymi trawę i wpatrzonymi w nas krowami. Nie wiem czy to nie fobia, ale zawsze czuję się nieswojo przechodząc obok tych zwierząt. Co też im wpadnie do głowy, zastanawiam się i wspominam rodzinną historię o prababci zaatakowanej przez polską krasulę. Wysokość zdobywamy szybko, pnąc się w górę ścieżkami po, początkowo jeszcze zalesionych, a później już tylko porośniętych trawami i krzewami, stokach. Na zboczach leżących po drugiej stronie doliny, widać ogromne zakosy, którymi można dotrzeć do punktów widokowych, stacji kolejki Sorebois i aż na szczyt Corne de Sorebois (2896 m npm.) To popularne miejsce wycieczek, tak samo jak położony na końcu doliny lodowiec Zinal ze wspaniałymi widokami Dent Blanche (4357 m npm), Grand Cornier (3962 m npm) – (przewodnik po turystycznych szlakach wokół Zinal można znaleźć na stronie https://issuu.com/sierre-anniviers/docs/sat_randonnees_zinal_a6_pcar_net) . Z kolei http://www.tzoucdana.ch to link do położonego tuż przy parkingu Singline kempingu i małego pensjonatu.

Widok na stok Sorebois
Zakosy w stronę stacji Sorebois

Po około dwóch i pół godziny docieramy w pobliże górnej części wodospadu, spadającego z hukiem z progu skalnego wyprowadzającego na wyższą część trasy do schroniska. Tuż nad nami wznosi się punkt widokowy Roc de la Vache. My jednak skręcamy w lewo i trawiasto-skalną ścieżką ruszamy w stronę widocznego stąd ale wciąż maleńkiego i bardzo dalekiego schroniska Tracuit. Od tej pory towarzyszy nam piękna sylwetka widzianego od południa Weisshornu (4505 m npm), iglasty wierzchołek Zinalrothornu (4221 m npm), niższy skalny Besso (3668 m npm) i zaśnieżony Dent Blanche. Stajemy na krótki odpoczynek przy zamkniętej, ogrodzonej i jak zwykle pokrytej w tym rejonie kamiennymi dachówkami chatce. Stawiamy krok za krokiem wznosząc się i dochodząc do już całkiem skalistej okolicy. Na ostatnich skrawkach łąki mijamy szkolną wycieczkę. Chmara szwajcarskich dzieciaków patrzy na mnie z uśmiechem i współczuciem widząc spoconą twarz i lekko uginającą się pod ciężarem plecaka sylwetkę. Uśmiecham się i ruszam w górę. Schronisko przybliża się ale nie tak szybko, jakbym sobie tego życzył. Pocieszam Damiana, który zmęczony zadaje sobie pytanie, czy dojdzie do celu. W oddali widzimy chłopaków, którzy już chwytają się łańcuchów wyprowadzających stromym uskokiem na grzbiet, gdzie stoi Tracuit. Mija piąta godzina czyli już powinniśmy być na miejscu a my nadal wśród coraz stromszych piargów. Ludzie stojący pod budynkiem stają się wyraźniejsi, budowla rośnie i w końcu po 6 godzinach otwieramy drzwi schroniska. Oj, to podejście przypomniało mi jak długie są alpejskie szlaki.

W stronę Roc de la Vache
W stronę Roc de la Vache
Przy Roc de la Vache
Widok spod Roc de la Vache
Czarna maleńka kropka na skale po lewej stronie zdjęcia to Tracuit.
Widok na Weisshorn
Weisshorn widziany ze szlaku
Zinalrothorn
Zinalrothorn 
Dent Blanche
W stronę Tracuit
Schronisko coraz bliżej, ale wciąż daleko
Widok na lotowiec
Ostatnie metry przed schroniskiem i widok na lodowiec
Przy schroniski
W końcu Tracuit

Cabane de Tracuit wita nas uśmiechem prowadzącej schronisko Anne-Lise. Potwierdzamy naszą wcześniejszą mailową rezerwację i dostajemy pokój dla grupy z zaproszeniem na kolację i śniadanie oraz litr gorącej herbaty, którym możemy uzupełnić butelki przed jutrzejszym wyjściem w stronę szczytu (90 franków szwajcarskich, rezerwacje: cabane@tracuit.ch) Wszyscy jesteśmy skołowani. Zresztą, lekką dezorientację i wolniejsze ruchy widzimy także u innych osób siedzących przy ławach w sali głównej. A są tu kilkunastoletnie dzieciaki i poważni seniorzy. Większość z zamiarem zdobycia Bishornu. Niektórych boli głowa, innym jest ciągle zimno, ktoś kaszle i kicha. Po prostu trzeba odpocząć. Większość z naszej grupy po raz pierwszy w życiu jest na tej wysokości. W pokoju lokujemy się wygodnie z łóżkach i część z nas szybko zasypia. Potrzebujemy wypoczynku i aklimatyzacji. Po krótkiej sjeście, schodzimy na kolację. Pałaszując, obserwujemy wspaniałą górką panoramę i przelatujący tuż obok schroniska szybowiec. Z Bartkiem wychodzimy jeszcze na szybki rekonesans w stronę lodowca, ale o 21 prawie wszyscy śpimy.

Panorama alp Pienińskich
Panorama spod schroniska
Bishorn
Po lewej nasz jutrzejszy cel
Cabane de Tracuit
Tracuit o zachodzie słońca
Cabane de Tracuit
I o świcie

W stronę szczytu
Noc dla jednych prosta, dla innych męcząca z powodu mniejszej ilości tlenu, kończy się szybko, ale pozwala na pełną regenerację. Ci którzy wczoraj nie mieli sił, o poranku zaskoczeni odkrywają, że nic im nie dolega i pałają wielką chęcią ruszenia w górę. O 5.30 wszyscy, którzy chcą zdobyć szczyt schodzą na śniadanie. Pożywna owsianka, herbata, chleb z dżemem. Najedzeni podziwiamy świt nad szczytami Alp Pienińskich, ubieramy uprzęże, klarujemy linę i ruszamy wraz z innymi zespołami w stronę oddalonego o kilkaset metrów lodowca. Tutaj po drobnych (a jakże) sprzętowych perturbacjach wychodzimy na ścieżkę przez lodowiec. Wspaniały pejzaż i rześkie powietrze dodaje sił i dość sprawnie przechodzimy pierwszy popękany odcinek. Nie widać tu wielkich szczelin, ale zdajemy sobie sprawę, że pod nami panuje nieodkryta strefa popękanego lodu, jaskiń i przesmyków. Śnieżne podejście, którym zbliżamy się do granicy cienia i pierwszych promieni słońca, zajmuje nam więcej czasu. Lina leniwie przemyka po lodzie a my uparcie krok po kroku podążamy w górę. Mijamy jeden z wracających zespołów. To ojciec z dwójką synów, z których młodszy nie wygląda na szczęśliwego. Przyjęliśmy system pięćdziesięciu kroków i krótkiej pauzy na złapanie oddechu. Wysokość rosła, tak jak nasze zmęczenie. 50 kroków – pauza, 50 kroków – pauza, 40 kroków – pauza. Co 45 minut robiliśmy dłuższe przerwy na herbatę i energetyczną przekąskę. Pogoda była fantastyczna. Słońce, lekki wiaterek i widoczność po horyzont. Idąc kilkaset metrów za ostatnią grupą cieszyliśmy się ciszą i przestrzenią. Każdy z nas na swój sposób przeżywał te chwile. Ja cieszyłem się górką przygodą, wolnością i spełniającym się wyzwaniem. Szybszy oddech, mocniejsze bicie serca, wolniejsze tempo, częstsze odpoczynki, ale przede wszystkim schodzące w dół zespoły, oznaczały że zbliżamy się do przełęczy pomiędzy głównym i niższym wierzchołkiem Bishornu. To właśnie stamtąd kilkadziesiąt minut później zobaczyłem drugą stronę doliny z górującymi Domem i Tashornem, dalej na prawo grupą Monte Rosy, a najbliżej słynną północną ścianą i wierzchołek Weisshornu. Nasz cel był już blisko i wymagał pokonania krótkiej grani nad urwiskiem i śnieżnego uskoku wyprowadzającego na szczyt. Ten wąski odcinek zespoły pokonują wahadłowo. Poczekaliśmy, aż ostatni zespół zejdzie i wdrapaliśmy się na górę. Na szczycie radość i niezwykła panorama z potężnym masywem Mont Blanc w oddali. Na ostrej grani Weisshornu samotny wspinacz pokonywał ostatnie metry a my upajaliśmy się widokiem i cieszyliśmy się z naszego sukcesu.
Wejście na szczyt trwało ok trzech i pół godziny, zejście do schroniska około dwóch i pół godziny. Na ostatnich kilkustet metrach przez skalnymi piargami, przechodziliśmy przez roztopione mostki śnieżne i chcąc nie chcąc zaglądaliśmy do wnętrz otwierających się szczelin. Pomimo zmęczenia staraliśmy się jak najszybciej dotrzeć do bezpiecznej okolicy.

Bishorn o świcie
Bishorn o poranku
Wschód słońca
Wschód słońca
Początek lodowca Bishorn
Wyjście na lodowiec
Wschód słońca nad alpami
Na lodowcu
W górę
Wyżej
Zdobycie Bishornu
I wyżej
Dom i Taschorn widziany z przełęczy
Dom i Taschorn widziany z przełęczy pod szczytem
Weisshorn z przełęczy
Weisshorn widziany z przełęczy
Niższy wierzchołek Bishornu
Niższy wierzchołek Bishornu widziany z przełęczy
Widok na szczyt Bishornu
Szczyt Bishornu

W schronisku chwila przerwy, przepakowanie i w dół. Ostatni odcinek dał nam się we znaki. Zmęczone nogi, bolące kolana i kostki. Monotonne schodzenie trwało 5 godzin. Koledzy, którzy dotarli do auta szybciej czekali na tych bardziej zmęczonych z gorącą herbatą i przekąskami. A jak dobrze było usiąść po blisko dwunastogodzinnym chodzeniu.
Jeszcze tego samego dnia postanowiliśmy zjechać do Sion położonego niżej w dolinie Rodanu i tam w temperaturze o dziesięć stopni wyższej, rozbiliśmy na campingu lekko zderzak i namiot. Wśród wszędzie grających w bulle Szwajcarów, świętowaliśmy nasze czterdziestki, ciesząc się z realizacji fantazyjnego planu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kategorie